„Wzięłam miękki czarny ołówek,
zatemperowałam go na grubo i zaczęłam pracować. Niebawem nakreśliłam na
papierze szerokie i wypukłe czoło oraz kwadratowy zarys podbródka. Z
przyjemnością oglądałam kontury tej twarzy i szybko zaczęłam uzupełniać jej
rysy. Pod takim czołem trzeba dać silnie zaznaczone, prosto biegnące brwi; a
potem, naturalnie, wyraźnie określony nos o prostym mostku i pełnych nozdrzach;
dalej ruchliwe usta, bynajmniej nie małe; następnie silną brodę, z wyraźnym
dołkiem w środku; oczywiście należało tu jeszcze dodać czarne bokobrody i włosy
bujnie nastrzępione nad skroniami, falujące nad czołem.”
~ C. Bronte, „Dziwne losy Jane Eyre” (1847),
przekład: Teresa Świderska
Gdy sięgałam po tę powieść nie
wiedziałam czego się spodziewać. Z książkami sióstr Bronte miałam już wcześniej
styczność, jednak nie wiedziałam czy historia Jane Eyre również przypadnie mi
do gustu. W „Wichrowych Wzgórzach” zakochałam się do tego stopnia, że zabrałam
ją ze sobą nawet do szpitala. Jakże jednak ubogim w doświadczenia człowiekiem
wtedy byłam!
„Dziwne losy Jane Eyre” są powieścią zupełnie inną. Zarówno pod względem narracyjnym (tu mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową) oraz fabularnym. Stylistycznie jest dosyć podobnie, wręcz typowo dla epoki. I moim zdaniem to zdecydowany plus. Uwielbiam gotyckie powieści właśnie za ich niesamowity nastrój oraz język. Początkowo obawiałam się jednak, że książka mnie znudzi. Jest prawie dwukrotnie grubsza od „Wichrowych Wzgórz”. Nic takiego nie miało jednak miejsca.




