Przeszło dwa lata temu poszłam do kina nieco z przymusu. Sieć kin zorganizowała konkurs, w wyniku którego dostałam voucher jednoosobowy oraz gratisowy popcorn. Nie chciałam, żeby nagroda przepadła, więc pewnej wrześniowej soboty udałam się do kina. Wcześniej widziałam zwiastun „Kamerdynera” i wydał mi się ciekawą propozycją, dlatego właśnie mój wybór padł na ten seans. Nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, ale zdecydowanie nie przypuszczałam, że oddam temu filmowi całe serce.
Film jest pięknym i poruszającym dziełem
o miłości, wojnie i zbrodni. Nie dajcie się jednak zwieść sloganom promocyjnym
– nie o miłość romantyczną tu chodzi. Romans w tym dziele był mi najbardziej
obojętny. Dla mnie jest to utwór opowiadający historię synowskiej miłości, do
kobiety, która zadbała o niego jak matka. Mateusz Kroll jest osieroconym
Kaszubem, świetnym pianistą a wiele lat później staje się także świadkiem
dokonanej na ludności kaszubskiej w okresie drugiej wojny światowej.
Nie powiedziałabym, że jest to historia Mateusza. To raczej historyczny obraz ziemi kaszubskiej na przełomie pierwszych czterdziestu pięciu lat dziewiętnastego wieku. Przedstawiona zostaje zarówno pierwsza jak i druga wojna światowa oraz związane z nimi przemiany na Pomorzu.