Niezwykła powieść, idealna na nasze czasy.
Stacey Halls w „Czarownicy ze wzgórza” ukazała piękny obraz siły kobiet i prawdziwej przyjaźni, która nie zna granic.
Przyznam, że powieść wpadła mi w ręce
zupełnie przypadkiem. Natknęłam się na nią w styczniu, w Biedronce. Kosztowała jakieś
drobiazgi, bodajże 10 złotych. Moją uwagę przykuła przepiękna, kwiatowa
okładka. Sięgnęłam po książkę i przeczytałam opis, po którym wiedziałam, że już
tej powieści nie odłożę. Musiałam ją mieć, musiałam ją przeczytać. Byłam w
szoku, że wcześniej nic o niej nie słyszałam, bo wydana została przez Świat
książki a patronatem medialnym objął ją portal Lubimyczytać.pl.
W domu przekartkowałam książkę i
znalazłam mnóstwo pięknych grafik/ rycin, przede wszystkim zachwycił mnie ex
libris autorki oraz mapka – bo map jestem ogromną wielbicielką. Przez całą
powieść dostajemy szczegóły, tłumaczące dlaczego dany detal znajduje się na
grafikach, którymi opatrzona została powieść. Dodatkowo, każdy rozdział
udekorowany został czteroma gałązkami wrzosów, co jest dla mnie wyjątkowo
uroczym i trafnym ozdobnikiem. Wrzosy zdecydowanie kojarzą mi się z Anglią oraz
czarownicami, więc postawienie właśnie na tę roślinę jest strzałem w
dziesiątkę!
Przechodząc jednak do treści, chciałabym zaznaczyć, że książka została napisana pięknym językiem, który swym kunsztem przypomina klasyki literatury angielskiej. Bardzo cenię sobie powieści, np. sióstr Bronte i muszę przyznać, że styl Halls jest niesamowicie zbliżony do dzieł romantyzmu angielskiego.



