czwartek, 15 października 2020

Przylądek wichrów – Agnieszka Krawczyk

 Witajcie!

W końcu przychodzę z recenzją, którą miałam napisać już bardzo dawno temu. Dwutomowa seria Agnieszki Krawczyk była pozycją, którą czytałam w ramach mojego Wakacyjnego Maratonu Czytelniczego „Lato Miłości”. Sięgnęłam po nią, ponieważ zobaczyłam „Lato wśród wydm” u mojej koleżanki, a niedługo później ona i „Róża wiatrów” wpadły w moje ręce, gdy znalazłam je na promocyjnym straganiku.

Z opisu oczekiwałam czegoś podobnego do historii pisanych przez Nicholasa Sparksa. Wakacyjny klimat, ciekawa fabuła i wątek romantyczny w tle. Zapowiadało się wspaniale, w końcu takie właśnie historie lubię czytać. I początkowo, rzeczywiście było całkiem nieźle. Akcja pierwszej części rozpoczyna się dialogiem, co od razu daje czytelnikowi „kopa”, zostajemy dynamicznie wrzuceni w akcję. Od razu jednak rzuca się w oczy problem z ekspozycją. Natłok informacji zalewa nas niczym sztorm. Przekręcamy kartkę, a tam wylewa się na nas cała fala wiadomości, które mogłyby ładnie wybrzmieć w dialogach.

wtorek, 29 września 2020

Wakacyjny Maraton Czytelniczy „Lato Miłości” – podsumowanie

 

Nastał czas pożegnania z wakacjami, więc i Wakacyjny Maraton musiał dobiec końca. Zapraszam zatem na jego podsumowanie!

Na wstępie kilka informacji o samej organizacji. Przyznam szczerze, że pomysł na Maraton zrodził się w mojej głowie dosyć impulsywnie, ale od razu wiedziałam, że chcę to zrobić. Jeszcze tego samego dnia zrobiłam grafiki i ustaliła sobie TBR. Niestety podeszłam do pomysłu zbyt entuzjastycznie i dosyć szybko zderzyłam się z przeszkodami. A najważniejszą z nich była dwudziestoczterogodzinna doba, która za nic nie chciała się wydłużyć. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie wykonać rzuconego sobie wyzwania.

niedziela, 2 sierpnia 2020

"Idealna chemia" Simone Elkeles // recenzja

Przyznam szczerze, że z twórczością Simone Elkeles nie miałam nigdy wcześniej styczności, więc podchodziłam do „Idealnej chemii” jedynie z opinią Dominiki Lewandowskiej (Instagram | You Tube). Znając jej zdanie spodziewałam się czegoś co chwyci mnie za serce. I z takim podejściem sięgnęłam po lekturę. Książkę postanowiłam wypożyczyć, ponieważ czytałam ją w ramach Damatonu (Facebook) i własnego Wakacyjnego Maratonu Czytelniczego (Instagram), a nie wiedziałam czy historia przypadnie mi do gustu.
Na początku zaznaczę, że jeśli nie możecie znaleźć powieści w bibliotece, to macie szansę zdobyć ją na własność. Mimo, iż książka polską premierę miała już ponad siedem lat temu, nadal można dostać ją w takich księgarniach jak Tania Książka czy Świat Książki. I to w bardzo przystępnych cenach!

Simone Elkeles i Alexander F. Rodriguez na planie trailera książki.
źr.: >kilk<

niedziela, 31 maja 2020

Pół roku Malinowych Historii na Instagramie!


Witajcie kochani!

Dzisiaj przychodzę do Was z nieco refleksyjnym podsumowaniem półrocza. Nie jest to dla mnie do końca tak łatwe jak może się wydawać, ale uznałam, że pół roku to strasznie dużo czasu, więc pora jakoś ten pierwszy etap podsumować.
Na początku chciałabym zaznaczyć, że jestem osobą, która dużo czasu poświęca na spanie i nie wynika to z mojego lenistwa, a z zaleceń lekarza. Przez to, że dużo muszę odpoczywać i czasem czuję się nieco słabsza tracę strasznie dużo czasu, który mogłabym poświęcić na robienie czegoś lepszego, ciekawszego i zdecydowanie bardziej produkcyjnego. Ale "są rzeczy ważne i ważniejsze". A dla mnie tymi priorytetami są: rodzina, zdrowie i (aktualnie) studia. Dlatego nie czytam tyle, ile bym chciała. Ba! Odkąd zamknęli nas w domach wcale nie mam więcej czasu wolnego, ponieważ e-studia okazały się zdecydowanie bardziej aferujące, niż się spodziewałam. Ponadto, odkąd nie jeżdżę na uczelnię tracę co najmniej godzinę, którą mogłabym poświęcić na czytanie w tramwaju. Zostałam, więc w pewien sposób okradziona z tego czasu, ale zgadzam się z decyzją rządu na temat zdalnego nauczania.

piątek, 22 maja 2020

Simon Snow w USA!


Stało się! Po czterech latach fani Rainbow Rowell doczekali się kontynuacji „Nie poddawaj się” – bestsellerowej powieści o nastoletnim czarodzieju. Choć nic tego nie zapowiadało, w marcu ukazała się druga część przygód Simona Snowa. Recenzję pierwszej możecie znaleźć na blogu pod tym linkiem!
Jeśli nie miałeś/-aś okazji przeczytać pierwszej części,
a chciał/-abyś się z nią zapoznać – odradzam czytanie tej recenzji!

Książkę kupiłam od razu po tym, jak dowiedziałam się, że została wydana w Polsce, a do lektury zabrałam się przy okazji weekendu majowego. Od tamtej pory minęły już w prawdzie trzy tygodnie, ale moja opinia nie zmieniła się! Wciąż jestem pod wielkim wrażeniem. Ale dość o mnie, przejdźmy do Simona!

     

środa, 12 lutego 2020

"Droga" // Cormac McCarthy


Dzień dobry wszystkim!

Może zacznę od kilku słów wyjaśnień. Długo mnie tutaj nie było. Długo nie było mnie nigdzie – taka prawda. Wiele w moim życiu się zmieniło, musiałam kilka spraw przemyśleć, przyzwyczaić się do nowej sytuacji (m.in. zaczęłam studiować, więc jeszcze tydzień temu pisałam ostatni egzamin). Ale wydaje mi się, że ustaliłam już na czym stoję w związku z czym teraz przyszedł czas na działanie.
Zapewne większość nie ma pojęcia, że w końcu odważyłam się i założyłam konto bookstagramowe. Na ile czas pozwoli będę publikować recenzję tu oraz ich fragmenty na Instagramie, gdzie będą podlinkowane. W związku z tym całym bookstagramowym zamieszaniem od razu rzuciłam się na głęboką wodę i uznałam, że wezmę udział w Damatonie (grup Facebook’owa: https://www.facebook.com/groups/608503386570904/) czyli maratonie całorocznym. Pomysł wydaje mi się bardzo fajny, ale zobaczymy czy podołam.


Aktualnie biorę udział w drugim maratonie czytelniczym, który organizowany jest przez Pannę Sasnę (INSTAGRAM | YOUTUBE | MaratonOkładkowy) i wczoraj skończyłam pierwszą książkę, którą do niego wybrałam. 

     Mowa tu o „Drodze” Cormaca McCarthy’iego, czyli powieści trudnej, po którą sięgnęłam z myślą, że na koniec będę płakać…
     Zacznijmy jednak po kolei. Ja czytałam ją w tłumaczeniu Roberta Sudoła [w: Wydawnictwo Literackie] i szczerze powiedziawszy byłam miejscami w szoku, ponieważ przekład był czasem bardzo nietrafiony. Czytając miałam świadomość jak brzmiał tekst oryginału, ponieważ tłumaczenie było proste, dosłowne. Z jednej strony podobało mi się, że styl jest taki… suchy, nie było w nim upiększeń. Przypominał czasem literaturę faktu czy materiał prasowy – bardzo mi to odpowiadało, bo pasowało do treści, jednak miejscami był to przekład zbyt dosłowny przez co dialog czy akapit traciły sens, a czytelnik mógł być wybity z rytmu.

wtorek, 23 kwietnia 2019

"Imię rózy" R. Rychcik


[Bardzo późny]dobry wieczór!
     Miałam dzisiaj ogromną przyjemność obejrzeć spektakl „Imię róży” w reżyserii Radosława Rychcika, w krakowskim teatrze im. Juliusza Słowackiego. Przyznam szczerze, na podstawie innych doświadczeń ze sztukami tego reżysera, że forma jego twórczości bardzo do mnie przemawia. Warta wspomnienia jest niesamowita [ruchoma zresztą] scenografia, którą aktorzy budują sobie sami w trakcie spektaklu.
     Po raz pierwszy miałam okazję oglądać spektakl z pierwszego rzędu i przyznam, że nie żałuję. Oprócz tego, że moje spojówki nie mają się teraz zbyt dobrze po spotkaniu z dymem i światłami, to wspominam to doświadczenie naprawdę pozytywnie. Aktorów oglądałam z bliska, więc nie ma się co dziwić, że zwróciłam uwagę na niektóre elementy, które umknąć mogły innym widzom. I tu chcę pogratulować niezwykle przekonywującej Poli Błasik w roli bezimiennej Dzieweczki. Jakże ona ujęła moje serce… najbardziej chyba w scenie sądu inkwizycyjnego, w trakcie którego przez cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy z Adso[w tej roli Karol Kubasiewicz]. Jestem także pełna podziwu dla pana Krzysztofa Głuchowskiego, swoją drogą dyrektora teatru, który wcielił się w Wilhelma z Baskerville. Mam wrażenie, że ta kreacja jest bardzo podparta grą Sean’a Connery’ego w filmowej adaptacji powieści. Wysuwam taki wniosek głównie dlatego, że nasz Wilhelm jest równie statyczny co ten filmowy. Słowa pochwały należą się także, odgrywającemu rolę Salwatora, Krzysztofowi Piątkowskiemu, który ani na sekundę „nie wychodzi” spod postaci. Chciałabym pochwalić także Rafała Szumerę[nie jestem pewna, czy odmieniłam nazwisko poprawnie] za coś, co nazwałam „trupim bezdechem” czyli niezauważalnym oddechem przy odgrywaniu zwłok. Byłam naprawdę zaskoczona, że można oddychać tak niewidocznie.


     Z racji, że punkt obserwacji miałam świetny, chciałabym jeszcze pochwalić niesamowitą charakteryzację (polecam obejrzenie zdjęć promujących spektakl) oraz kostiumy. Z tego pierwszego, najbardziej podobała mi się „maska” starego Adso oraz twarz wspomnianego już Salwatora. Dla mnie bardzo liczą się szczegóły, zwłaszcza, gdy oglądam je z tak niewielkiej odległości. Niesamowite dopracowanie kostiumów w kwestii m.in. błota na szatach Wilhelma i Adso, czy piękne żywe kolory szat kardynałów (najbardziej podobała mi się zielona szata zdobiona kamieniami noszona w scenie sądu przez Antoniego Milanceja[co z tymi nazwiskami? XD] i proszę bardzo, mówcie, że sroka ze mnie wychodzi, ale gdybyście widzieli jak w tym pięknym oświetleniu te kamyczki lśniły, to wcale byście mnie tak nie oceniali).


     No dobrze, wiadro miodu i rumianku się wylało, więc teraz pora na trochę goryczy. Jeśli mam na coś narzekać, to na oprawę muzyczną, która w żaden sposób nie komponowała mi się z pięknie utkanym spektaklem. Mam wrażenie, że gdyby postawiono na „coś z epoki”, jak było to w przypadku psalmów wykorzystanych w trakcie spektaklu (bardzo mi się podobały chóralne wykonania), odebrałabym to znacznie lepiej. Drugą rzeczą, na którą częściowo można narzekać to przerwy, ale to dlatego, że poszczególnie partie spektaklu były dla mnie za krótkie. Wydawało mi się, że dopiero rozpoczęło się przedstawienie, a już opada kurtyna. Jednak nie można zapomnieć o tym, iż przerwy nie były zbyt długie, więc szybko można było powrócić do podziwiania aktorskiego kunsztu, wspaniałej gry świateł oraz kinetyczną scenografią.


     Podsumowując: polecam spektakl wszystkim, którzy taką formę lubią. Mamy podczas niego do czynienia z efektami specjalnymi, które nie każdemu mogą przypaść do gustu. Ja osobiście odebrałam występ bardzo pozytywnie, czego dowodem jest ta obszerna recenzja. Chciałabym teraz bardzo serdecznie podziękować wszystkim związanym z organizacją spektaklu, aktorom oraz reżyserowi, a także pozdrowić pana, który omal nie zamknął mnie na noc w teatrze!
Dobranoc wszystkim!
Monika Karolina x

[i jeszcze jedno zdjęcie na koniec, które znalazłam na stronie Facebook]




UWAGA: spektakl zawiera scenę erotyczną, nieodpowiednią dla młodszych widzów!


*żadne ze zdjęć nie należy do mnie!