niedziela, 2 sierpnia 2020

"Idealna chemia" Simone Elkeles // recenzja

Przyznam szczerze, że z twórczością Simone Elkeles nie miałam nigdy wcześniej styczności, więc podchodziłam do „Idealnej chemii” jedynie z opinią Dominiki Lewandowskiej (Instagram | You Tube). Znając jej zdanie spodziewałam się czegoś co chwyci mnie za serce. I z takim podejściem sięgnęłam po lekturę. Książkę postanowiłam wypożyczyć, ponieważ czytałam ją w ramach Damatonu (Facebook) i własnego Wakacyjnego Maratonu Czytelniczego (Instagram), a nie wiedziałam czy historia przypadnie mi do gustu.
Na początku zaznaczę, że jeśli nie możecie znaleźć powieści w bibliotece, to macie szansę zdobyć ją na własność. Mimo, iż książka polską premierę miała już ponad siedem lat temu, nadal można dostać ją w takich księgarniach jak Tania Książka czy Świat Książki. I to w bardzo przystępnych cenach!

Simone Elkeles i Alexander F. Rodriguez na planie trailera książki.
źr.: >kilk<

niedziela, 31 maja 2020

Pół roku Malinowych Historii na Instagramie!


Witajcie kochani!

Dzisiaj przychodzę do Was z nieco refleksyjnym podsumowaniem półrocza. Nie jest to dla mnie do końca tak łatwe jak może się wydawać, ale uznałam, że pół roku to strasznie dużo czasu, więc pora jakoś ten pierwszy etap podsumować.
Na początku chciałabym zaznaczyć, że jestem osobą, która dużo czasu poświęca na spanie i nie wynika to z mojego lenistwa, a z zaleceń lekarza. Przez to, że dużo muszę odpoczywać i czasem czuję się nieco słabsza tracę strasznie dużo czasu, który mogłabym poświęcić na robienie czegoś lepszego, ciekawszego i zdecydowanie bardziej produkcyjnego. Ale "są rzeczy ważne i ważniejsze". A dla mnie tymi priorytetami są: rodzina, zdrowie i (aktualnie) studia. Dlatego nie czytam tyle, ile bym chciała. Ba! Odkąd zamknęli nas w domach wcale nie mam więcej czasu wolnego, ponieważ e-studia okazały się zdecydowanie bardziej aferujące, niż się spodziewałam. Ponadto, odkąd nie jeżdżę na uczelnię tracę co najmniej godzinę, którą mogłabym poświęcić na czytanie w tramwaju. Zostałam, więc w pewien sposób okradziona z tego czasu, ale zgadzam się z decyzją rządu na temat zdalnego nauczania.

piątek, 22 maja 2020

Simon Snow w USA!


Stało się! Po czterech latach fani Rainbow Rowell doczekali się kontynuacji „Nie poddawaj się” – bestsellerowej powieści o nastoletnim czarodzieju. Choć nic tego nie zapowiadało, w marcu ukazała się druga część przygód Simona Snowa. Recenzję pierwszej możecie znaleźć na blogu pod tym linkiem!
Jeśli nie miałeś/-aś okazji przeczytać pierwszej części,
a chciał/-abyś się z nią zapoznać – odradzam czytanie tej recenzji!

Książkę kupiłam od razu po tym, jak dowiedziałam się, że została wydana w Polsce, a do lektury zabrałam się przy okazji weekendu majowego. Od tamtej pory minęły już w prawdzie trzy tygodnie, ale moja opinia nie zmieniła się! Wciąż jestem pod wielkim wrażeniem. Ale dość o mnie, przejdźmy do Simona!

     

środa, 12 lutego 2020

"Droga" // Cormac McCarthy


Dzień dobry wszystkim!

Może zacznę od kilku słów wyjaśnień. Długo mnie tutaj nie było. Długo nie było mnie nigdzie – taka prawda. Wiele w moim życiu się zmieniło, musiałam kilka spraw przemyśleć, przyzwyczaić się do nowej sytuacji (m.in. zaczęłam studiować, więc jeszcze tydzień temu pisałam ostatni egzamin). Ale wydaje mi się, że ustaliłam już na czym stoję w związku z czym teraz przyszedł czas na działanie.
Zapewne większość nie ma pojęcia, że w końcu odważyłam się i założyłam konto bookstagramowe. Na ile czas pozwoli będę publikować recenzję tu oraz ich fragmenty na Instagramie, gdzie będą podlinkowane. W związku z tym całym bookstagramowym zamieszaniem od razu rzuciłam się na głęboką wodę i uznałam, że wezmę udział w Damatonie (grup Facebook’owa: https://www.facebook.com/groups/608503386570904/) czyli maratonie całorocznym. Pomysł wydaje mi się bardzo fajny, ale zobaczymy czy podołam.


Aktualnie biorę udział w drugim maratonie czytelniczym, który organizowany jest przez Pannę Sasnę (INSTAGRAM | YOUTUBE | MaratonOkładkowy) i wczoraj skończyłam pierwszą książkę, którą do niego wybrałam. 

     Mowa tu o „Drodze” Cormaca McCarthy’iego, czyli powieści trudnej, po którą sięgnęłam z myślą, że na koniec będę płakać…
     Zacznijmy jednak po kolei. Ja czytałam ją w tłumaczeniu Roberta Sudoła [w: Wydawnictwo Literackie] i szczerze powiedziawszy byłam miejscami w szoku, ponieważ przekład był czasem bardzo nietrafiony. Czytając miałam świadomość jak brzmiał tekst oryginału, ponieważ tłumaczenie było proste, dosłowne. Z jednej strony podobało mi się, że styl jest taki… suchy, nie było w nim upiększeń. Przypominał czasem literaturę faktu czy materiał prasowy – bardzo mi to odpowiadało, bo pasowało do treści, jednak miejscami był to przekład zbyt dosłowny przez co dialog czy akapit traciły sens, a czytelnik mógł być wybity z rytmu.

wtorek, 23 kwietnia 2019

"Imię rózy" R. Rychcik


[Bardzo późny]dobry wieczór!
     Miałam dzisiaj ogromną przyjemność obejrzeć spektakl „Imię róży” w reżyserii Radosława Rychcika, w krakowskim teatrze im. Juliusza Słowackiego. Przyznam szczerze, na podstawie innych doświadczeń ze sztukami tego reżysera, że forma jego twórczości bardzo do mnie przemawia. Warta wspomnienia jest niesamowita [ruchoma zresztą] scenografia, którą aktorzy budują sobie sami w trakcie spektaklu.
     Po raz pierwszy miałam okazję oglądać spektakl z pierwszego rzędu i przyznam, że nie żałuję. Oprócz tego, że moje spojówki nie mają się teraz zbyt dobrze po spotkaniu z dymem i światłami, to wspominam to doświadczenie naprawdę pozytywnie. Aktorów oglądałam z bliska, więc nie ma się co dziwić, że zwróciłam uwagę na niektóre elementy, które umknąć mogły innym widzom. I tu chcę pogratulować niezwykle przekonywującej Poli Błasik w roli bezimiennej Dzieweczki. Jakże ona ujęła moje serce… najbardziej chyba w scenie sądu inkwizycyjnego, w trakcie którego przez cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy z Adso[w tej roli Karol Kubasiewicz]. Jestem także pełna podziwu dla pana Krzysztofa Głuchowskiego, swoją drogą dyrektora teatru, który wcielił się w Wilhelma z Baskerville. Mam wrażenie, że ta kreacja jest bardzo podparta grą Sean’a Connery’ego w filmowej adaptacji powieści. Wysuwam taki wniosek głównie dlatego, że nasz Wilhelm jest równie statyczny co ten filmowy. Słowa pochwały należą się także, odgrywającemu rolę Salwatora, Krzysztofowi Piątkowskiemu, który ani na sekundę „nie wychodzi” spod postaci. Chciałabym pochwalić także Rafała Szumerę[nie jestem pewna, czy odmieniłam nazwisko poprawnie] za coś, co nazwałam „trupim bezdechem” czyli niezauważalnym oddechem przy odgrywaniu zwłok. Byłam naprawdę zaskoczona, że można oddychać tak niewidocznie.


     Z racji, że punkt obserwacji miałam świetny, chciałabym jeszcze pochwalić niesamowitą charakteryzację (polecam obejrzenie zdjęć promujących spektakl) oraz kostiumy. Z tego pierwszego, najbardziej podobała mi się „maska” starego Adso oraz twarz wspomnianego już Salwatora. Dla mnie bardzo liczą się szczegóły, zwłaszcza, gdy oglądam je z tak niewielkiej odległości. Niesamowite dopracowanie kostiumów w kwestii m.in. błota na szatach Wilhelma i Adso, czy piękne żywe kolory szat kardynałów (najbardziej podobała mi się zielona szata zdobiona kamieniami noszona w scenie sądu przez Antoniego Milanceja[co z tymi nazwiskami? XD] i proszę bardzo, mówcie, że sroka ze mnie wychodzi, ale gdybyście widzieli jak w tym pięknym oświetleniu te kamyczki lśniły, to wcale byście mnie tak nie oceniali).


     No dobrze, wiadro miodu i rumianku się wylało, więc teraz pora na trochę goryczy. Jeśli mam na coś narzekać, to na oprawę muzyczną, która w żaden sposób nie komponowała mi się z pięknie utkanym spektaklem. Mam wrażenie, że gdyby postawiono na „coś z epoki”, jak było to w przypadku psalmów wykorzystanych w trakcie spektaklu (bardzo mi się podobały chóralne wykonania), odebrałabym to znacznie lepiej. Drugą rzeczą, na którą częściowo można narzekać to przerwy, ale to dlatego, że poszczególnie partie spektaklu były dla mnie za krótkie. Wydawało mi się, że dopiero rozpoczęło się przedstawienie, a już opada kurtyna. Jednak nie można zapomnieć o tym, iż przerwy nie były zbyt długie, więc szybko można było powrócić do podziwiania aktorskiego kunsztu, wspaniałej gry świateł oraz kinetyczną scenografią.


     Podsumowując: polecam spektakl wszystkim, którzy taką formę lubią. Mamy podczas niego do czynienia z efektami specjalnymi, które nie każdemu mogą przypaść do gustu. Ja osobiście odebrałam występ bardzo pozytywnie, czego dowodem jest ta obszerna recenzja. Chciałabym teraz bardzo serdecznie podziękować wszystkim związanym z organizacją spektaklu, aktorom oraz reżyserowi, a także pozdrowić pana, który omal nie zamknął mnie na noc w teatrze!
Dobranoc wszystkim!
Monika Karolina x

[i jeszcze jedno zdjęcie na koniec, które znalazłam na stronie Facebook]




UWAGA: spektakl zawiera scenę erotyczną, nieodpowiednią dla młodszych widzów!


*żadne ze zdjęć nie należy do mnie!

środa, 1 listopada 2017

7 rzeczy, których nie wiecie o facetach

Cześć!
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją naprawdę dobrego, polskiego filmu, a mowa tutaj o komedii obyczajowej, której tytuł widnieje na górze. Od razu się przyznam, że oczekiwania miałam duże od samego początku, ale nie sądziłam, że film tak bardzo mi się spodoba. Skończyłam go oglądać dosłownie pięć minut temu i wciąż jestem jeszcze cała w emocjach. Film o relacjach między ludzkich, szczerości, poznawaniu samego siebie i swoich prawdziwych potrzeb czy marzeń. Zaskoczył mnie bardzo na plus i poprawił mi humor. Praktycznie czuję, jak w moim organizmie wydzielają się endorfiny! Czegoś tak dobrego się nie spodziewałam i, wybaczcie mi, ale pewnie będę się powtarzać.
   Przede wszystkim, dużą wagę zapewne ma tu świetnie wykonany casting, role obsadzone idealnie, a także wspaniała oprawa muzyczna, która podbiła moje serce. Może na pierwszy rzut oka nie wydaje się, że ten film może być ambitny i mieć morał, przekaz, ale moim zdaniem, jak najbardziej go ma!



Jestem pod wielkim wrażeniem pracy wykonanej przez panią reżyser, Kingę Lewińską - chylę czoła, biję pokłony i Wam także radzę. 😀
  Jeśli chodzi o problematykę utworu, to może napiszę to tak:
Film opowiada historię sześciu, zgoła innych i nie powiązanych ze sobą, mężczyzn, których losy zaczynają się przeplatać. Producent muzyczny, były żołnierz, pracownik w branży marketingu, gwiazdę zza wielkiej wody, która wróciła do Polski oraz pracownika sanepidu. Ludzi jakże różnych, a mimo to podobnych.
   Jak mogą połączyć się ich losy? Zobaczcie sami, bo takiego zachwytu nad polskim filmem nie przeżyłam od... od dawna. Zachłysnęłam się jego zwrotami akcji i ciągle krążącymi po głowie pomysłami, czym są tytułowe rzeczy, których nie wiemy o mężczyznach.
  No właśnie.


  7 rzeczy, których nie wiemy o facetach według Moniki Karoliny:

  1. są skryci w różnych dziedzinach/kwestiach,
  2. naprawdę potrafią szczerze kochać,
  3. zwykle dostrzegają coś dopiero, gdy to stracą,
  4. potrzebują wsparcia, choć zazwyczaj tego nie okazują,
  5. mają problem z okazywaniem uczuć,
  6. potrafią się wspierać na wzajem,
  7. WALCZĄ DO KOŃCA o wszystko, co jest ich zdaniem tego warte.
Dlaczego wyróżniłam właśnie ten ostatni punkt - sprawdźcie oglądając. [Mówiłam, że będę się powtarzać😉]. Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda Wasza lista Siedmiu rzeczy, propozycje piszcie na dole.
  W prawdzie pisałam to już wyżej, aczkolwiek chciałabym powrócić do kwestii muzyki i castingu.
Po pierwsze: świetnie zagrane - za równo pod względem aktorskim, jak i muzycznym. Bardzo podobał mi się także pomysł wciągnięcia do obsady samego Marcina Piotrowskiego, czyli Libera! To może tłumaczyć ilość muzyki jego autorstwa, ale mi to wcale nie przeszkadzało, ponieważ bardzo lubię jego utwory, co z resztą już pisałam wcześniej.
  Jestem w takich emocjach, że nie umiem teraz nawet napisać słabej recenzji, a co dopiero mówić o dobrej. Może w takiej sytuacji przejdźmy do kwestii, które zwykle poruszam na początku - danych dotyczących filmu.
 
 Data premiery: 26 lutego 2016 (Polska)

Reżyseria: Kinga Lewińska
Utwór przewodni: 7 rzeczy
Operator: Jarosław Żamojda
Autor muzyki: Sylwia Grzeszczak, Atanas Valkov

Bardzo podoba mi się także sam plakat, który zobaczyć możecie na początku.
Chyba jedyne, co mogę zarzucić tej produkcji to przewidywalność, ALE z drugiej strony było tez zaskakująco. Nie wiem, czy wszyscy są w stanie zrozumieć mój tok rozumowania, chodzi mi o to, że były fragmenty przewidywalne, ale na szczęście wiele momentów było zaskakujących.

Nie bredząc więcej, podsumujmy:
  • FABUŁA: 9/10
  • GRA AKTORSKA: 8/10
  • MUZYKA: 10/10 - zakochałam się!
  • ŚWIAT PRZEDSTAWIONY: 8/10 - były pewne niedociągnięcia, o których pewnie bym wspomniała, gdybym była w stanie myśleć w racjonalny sposób.
WERDYKT: 8,75/10


To wszystko na dzisiaj, pisanie tej recenzji zajęło mi 40 minut, ale mam nadzieję, że było warto. Jeszcze raz polecam wszystkim obejrzenie filmu, bo ja się zakochałam. Mam nadzieję, że wkrótce powrócę z nową Malinową historią, a na dzisiaj już się z Wami żegnam.
  Buziaki! xoxo
Monika Karolina

środa, 24 maja 2017

Płynące wieżowce – Tomasz Wasilewski

 Pisze tę recenzję póki pamięć świeża, nim zdąży mi z niej wszystko ulecieć. Jest to moja pierwsza recenzja filmowa, więc proszę o wyrozumiałość. Od razu mówię, że nie zamierzam bawić się w krytyka, ponieważ nim nie jestem. Nie wiem, co powinno znaleźć się na pewno w filmie, a czego nie powinno być, wyrażam jedynie swoje zdanie. A teraz do rzeczy.



Film, o którym będzie tu mowa obejrzałam prawie tydzień temu, w piątkową noc, gdy akurat męczona kaszlem nie mogłam zmrużyć oka. Postanowiłam więc znaleźć sobie rozrywkę, jaką okazało się obejrzenie polskiego filmu LGBT.

Jak zawszę zacznę od podstawowych danych.

Data premiery22 listopada 2013 (Polska)
ReżyseriaTomasz Wasilewski
ScenariuszTomasz Wasilewski
Autor muzykiBaaschLeszek Możdżer
Tomasz Wasilewski (ur. 26.09.1980 r. w Toruniu) to polski reżyser filmowy i scenarzysta, na koncie ma trzy filmy własne, a także Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz. Jego dzieła to „Zjednoczone stany miłości” (2015) oraz „W sypialni” (2012), których jeszcze nie udało mi się nadrobić, ale być może zrobię to w przyszłości. Jest także zdobywcą Nagrody Jury dla młodego talentu reżyserskiego na 38. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

„Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego, o których tutaj mowa, to niezwykle odważny, jak na polskie kino, film o miłości homoseksualnej. Czytałam na jego temat wiele złego, że postacie płytkie,  film ogółem nudny, a problem takiej miłości zwyczajnie źle pokazany. Komentarze na ten temat przepełnione były zdaniami mającymi nam pokazać, że takie związki są w naszym kraju możliwe. Nie, uważam, że nie są. A na pewno nie takie, jak ten. Nie chcę nikogo urazić, ale moim zdaniem Polska to bardzo homofoniczny kraj, który być może nie jest jeszcze gotowy na takie produkcje, historie.

Przeczytałam kilka opinii na temat filmu i zgadzam się z nimi w pewnym stopniu, ale na to, że reżyser ‘przesadził’ zgodzić się nie mogę. Polskimi ulicami chodzi cała masa ludzi, którzy nie tyle boją się, co nienawidzą ludzi „odmiennej” orientacji. Choć zapewne możemy przypuszczać, że gdyby nie jedno z zachowań Kuby, głównego bohatera, do sytuacji w scenie końcowej pewnie by nie doszło. Jednak, to tylko gdybanie.
Film, choć może nie podobać się każdemu, mi nawet przypadł do gustu, choć są wady, o których za raz.  Mimo, iż polska publiczność nie przywitała „wieżowców” z otwartymi ramionami, to zagranica bardzo go chwali, o czym świadczą nagrody nie tylko jury, ale także publiczności. Film zdobył 8 nagród i 10 nominacji, co, jakby nie było, świadczy o nim bardzo dobrze.
Ale przejdźmy do obiecanych wad. Moim zdaniem wadą może być muzyka, a raczej jej brak. Jestem przyzwyczajona do muzyki w filmach, podkład muzyczny zawsze pomaga mi się wczuć w scenariusz, przedstawioną historię i sytuację bohaterów. Tutaj tego zabrakło, co nie jest jednak całkowicie na minus, ponieważ nadaje filmowi realizmu. W prawdziwym życiu nie towarzyszy nam soundtrack. Z tego, co wiem, muzyka w filmie się znalazła, ale widocznie była zbyt wyraźna, bym mogła ją zauważyć, usłyszeć. Poza tym, mam na koncie film „Geography Club” (także porusza temat miłości homoseksualnej), w którym również nie pojawił się nadmiar muzyki, była nam jedynie skąpo udzielana. Być może to jakaś wspólna cecha? Tego nie wiem, ale przejdźmy dalej.
Kolejną wadą, którą można zauważyć to niedokończone wątki, niewyjaśnione sytuacje i niepotrzebne sceny. Moim zdaniem, sceną do usunięcia była pierwsza, która pojawiła się na ekranie. Pozwolę ją sobie nazwać „sceną toaletową”. Nie widzę potrzeby zamieszczania jej, skoro w filmie pojawia się później prawie identyczna. Zabrakło też scen czułości, za to reżyser uznał, że świetnie będzie puścić aktorów z gołymi tyłkami przed kamerę i niech sobie trochę pobiegają, bo czemu nie. Ja obejrzałam film w wieku lat siedemnastu i cieszę się, że nie dotarłam do niego wcześniej, ponieważ mogłam sobie spokojnie dojrzeć i dorosnąć bez takich obrazów w podświadomości. To główny powód, dla którego nie polecam filmu młodszym czytelnikom/widzom. Moim zdaniem, jeśli chcecie obejrzeć ten film, naprawdę nie ma się z czym śpieszyć, warto poczekać. Natomiast czułość, o której napomknęłam, a raczej jej brak doskwiera mi, ponieważ takich scen było naprawdę nie wiele. Do moich ulubionych należy chyba ta w samochodzie, na dachu. Pojawiały się sceny ukazujące czystą miłość i jej prostotę, jednak dla mnie było ich odrobinę za mało.


A jeśli już o uczuciach mowa, to pora przedstawić mój stosunek do postaci. Otóż, są role, których wolimy nie kojarzyć z aktorami i w tym wypadku są to Mateusz Banasiuk oraz Bartosz Gelner, którzy swoje role odegrali świetnie, może nawet aż za dobrze [chodzi tu o sceny opisane w poprzednim akapicie]. Choć samozwańczy „eksperci”, których teraz pełno w sieci, mogą powiedzieć, że główne role zagrane beznadziejnie, za dużo milczenia. Moim zdaniem jest to film o milczeniu, przechodzeniu obok problemów bez słowa, próbując po prostu się od nich odciąć. Ponownie przytoczę argument, że w życiu też tak jest. Czy nie milczymy sobie czasem od tak, bo wystarcza nam już sama obecność drugiej osoby lub boimy się odezwać, by nie rozniecić ognia? Przecież czasem tak właśnie jest, milczymy, a to milczenie zostało świetnie ujęte w tym filmie i za to brawa dla pana Wasilewskiego.

W filmie, oprócz Kuby (Mateusz Banasiuk) i Michała (Bartosz Gelner) poznajemy także Sylwię (w tej roli Marta Nieradkiewicz), dziewczynę Kuby, Monikę (Olga Frycz), przyjaciółkę Sylwii oraz dwie matki: Ewę (Katarzyna Herman), matkę Kuby oraz mamę Michała, Krystynę (Izabela Kuna). Są to postaci bardzo zróżnicowane, Kuba jest sportowcem, studiuje na AWFie, jest pływakiem, Michał to chłopak z „dobrego domu”, studiujący na Uniwersytecie na kierunku bliżej nieokreślonym, Sylwia po prostu jest i kocha Kubę, więc zabiera go na imprezę do Moniki, gdzie chłopcy się poznają, a Monika stara się unikać trudnych tematów i wyciągnąć przyjaciółkę z zazdrości, w której ta pierwsza tonie. Bardzo podoba mi się zestawienie matek. Z pozoru bardzo podobne, jednak w pewnych okolicznościach tak różne, że aż trudno w to uwierzyć. Krystyna kocha i wspiera swojego syna, choć ukrywa jego orientację przed ojcem chłopaka, Ewa także kocha swojego syna do tego stopnia, że nasuwa się pytanie: czy to tylko matczyna miłość, czy jednak coś więcej? W domu Kuby ojca brak i nie bardzo wiadomo gdzie jest lub co się z nim dzieje, dlaczego go nie ma, ale sądzę, że śmiało możemy założyć, iż przez ten właśnie brak Ewa daruje Kubę jakąś wyjątkową miłością, przekraczającą uczucie matki do syna.
W filmie pojawia się także ojciec Michała, Jacek (Mirosław Zbrojewicz), który żyje sobie w totalnej nieświadomości „inności” syna, a gdy się już o niej dowiaduje początkowo przemilcza sprawę. I tu ponownie odwołam się do życia, ponieważ nie będę krytykować, dopóki nie zastanowię się co ja zrobił(a)bym na jego miejscu? Moim zdaniem, milczenie jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ taka wiadomość zwala z nóg, odrywa od rzeczywistości i wywraca nasze życie do góry nogami.
Zgodnie z powyższym, uznaję, że aktorzy wykonali kawał dobrej roboty, a postacie nie są płytkie, czy sztuczne. Wręcz przeciwnie, są do bólu prawdziwe, realistyczne, ich zachowania da się wyjaśnić w logiczny sposób. W tym miejscu mogę jedynie przytoczyć trafny cytat „Panowie, kapelusze z głów!” Alberta Camusa.

Podsumowując, film z początku mnie nudził, lecz na pewno nie pozostawił mnie obojętnej. Szczególnie zakończenie mną poruszyło, co jest chyba jasne, dla kogoś, kto film obejrzał. Bardzo podobał mi się moment, w którym dochodzi do konfrontacji Sylwii z Michałem. Podobała mi się ta prawdziwość postaci, o której już wcześniej pisałam, a także to półotwarte zakończenie, do którego powoli zaczynam się przyzwyczajać w tekstach kultury. Film z pewnością polecam dorosłym i młodzieży, jednak młodszych proszę o omijanie tego tytułu przynajmniej do piętnastego roku życia, choć w porze „50 twarzy Graya” mam wrażenie, że kilka gołych tyłków i odważnych scen erotycznych nie zrobi na Was wrażenia.
Być może „Pływające wieżowce” niewiele uczą nas o relacji homoseksualnej, sytuacji osoby zmagającej się ze swoim coming-out’em, ale pokazują nam przykład dwójki zakochanych, między którymi pojawia się nagle ta trzecia osoba. W filmie jest to akurat chłopak, lecz czy sytuacja nie wyglądałaby podobnie, gdyby zastąpić geja dziewczyną? Sylwia i tak cierpiałaby widząc, że traci ukochanego, Kuba także pogubiłby się w pewnym momencie w swoich uczuciach, jak w filmie, więc jest to historia uniwersalna.
Kończąc, nie potrafię trafnie ocenić filmu, żeby wszystkim werdykt odpowiadał, więc wyrażę swoją opinię. Dla mnie film był dobry, choć, jak wspominałam, początkowo nużący. Powtórzę to: film polecam, ale zdecydowanie dla starszych widzów. Od kilku dni nie mogę przestać o nim myśleć, więc sądzę, że Tomaszowi Wasilewskiemu należą się brawa. Jestem dumna i szczęśliwa, że takie filmy powstają w Polsce.
 OCENA:
  • ·         Fabuła: 7/10
  • ·         Gra aktorska: 9/10
  • ·         Muzyka: jaka muzyka? 0/10
  • ·         Świat przedstawiony: 9/10

WERDYKT: 6,2/10