środa, 12 lutego 2020

"Droga" // Cormac McCarthy


Dzień dobry wszystkim!

Może zacznę od kilku słów wyjaśnień. Długo mnie tutaj nie było. Długo nie było mnie nigdzie – taka prawda. Wiele w moim życiu się zmieniło, musiałam kilka spraw przemyśleć, przyzwyczaić się do nowej sytuacji (m.in. zaczęłam studiować, więc jeszcze tydzień temu pisałam ostatni egzamin). Ale wydaje mi się, że ustaliłam już na czym stoję w związku z czym teraz przyszedł czas na działanie.
Zapewne większość nie ma pojęcia, że w końcu odważyłam się i założyłam konto bookstagramowe. Na ile czas pozwoli będę publikować recenzję tu oraz ich fragmenty na Instagramie, gdzie będą podlinkowane. W związku z tym całym bookstagramowym zamieszaniem od razu rzuciłam się na głęboką wodę i uznałam, że wezmę udział w Damatonie (grup Facebook’owa: https://www.facebook.com/groups/608503386570904/) czyli maratonie całorocznym. Pomysł wydaje mi się bardzo fajny, ale zobaczymy czy podołam.


Aktualnie biorę udział w drugim maratonie czytelniczym, który organizowany jest przez Pannę Sasnę (INSTAGRAM | YOUTUBE | MaratonOkładkowy) i wczoraj skończyłam pierwszą książkę, którą do niego wybrałam. 

     Mowa tu o „Drodze” Cormaca McCarthy’iego, czyli powieści trudnej, po którą sięgnęłam z myślą, że na koniec będę płakać…
     Zacznijmy jednak po kolei. Ja czytałam ją w tłumaczeniu Roberta Sudoła [w: Wydawnictwo Literackie] i szczerze powiedziawszy byłam miejscami w szoku, ponieważ przekład był czasem bardzo nietrafiony. Czytając miałam świadomość jak brzmiał tekst oryginału, ponieważ tłumaczenie było proste, dosłowne. Z jednej strony podobało mi się, że styl jest taki… suchy, nie było w nim upiększeń. Przypominał czasem literaturę faktu czy materiał prasowy – bardzo mi to odpowiadało, bo pasowało do treści, jednak miejscami był to przekład zbyt dosłowny przez co dialog czy akapit traciły sens, a czytelnik mógł być wybity z rytmu.

wtorek, 23 kwietnia 2019

"Imię rózy" R. Rychcik


[Bardzo późny]dobry wieczór!
     Miałam dzisiaj ogromną przyjemność obejrzeć spektakl „Imię róży” w reżyserii Radosława Rychcika, w krakowskim teatrze im. Juliusza Słowackiego. Przyznam szczerze, na podstawie innych doświadczeń ze sztukami tego reżysera, że forma jego twórczości bardzo do mnie przemawia. Warta wspomnienia jest niesamowita [ruchoma zresztą] scenografia, którą aktorzy budują sobie sami w trakcie spektaklu.
     Po raz pierwszy miałam okazję oglądać spektakl z pierwszego rzędu i przyznam, że nie żałuję. Oprócz tego, że moje spojówki nie mają się teraz zbyt dobrze po spotkaniu z dymem i światłami, to wspominam to doświadczenie naprawdę pozytywnie. Aktorów oglądałam z bliska, więc nie ma się co dziwić, że zwróciłam uwagę na niektóre elementy, które umknąć mogły innym widzom. I tu chcę pogratulować niezwykle przekonywującej Poli Błasik w roli bezimiennej Dzieweczki. Jakże ona ujęła moje serce… najbardziej chyba w scenie sądu inkwizycyjnego, w trakcie którego przez cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy z Adso[w tej roli Karol Kubasiewicz]. Jestem także pełna podziwu dla pana Krzysztofa Głuchowskiego, swoją drogą dyrektora teatru, który wcielił się w Wilhelma z Baskerville. Mam wrażenie, że ta kreacja jest bardzo podparta grą Sean’a Connery’ego w filmowej adaptacji powieści. Wysuwam taki wniosek głównie dlatego, że nasz Wilhelm jest równie statyczny co ten filmowy. Słowa pochwały należą się także, odgrywającemu rolę Salwatora, Krzysztofowi Piątkowskiemu, który ani na sekundę „nie wychodzi” spod postaci. Chciałabym pochwalić także Rafała Szumerę[nie jestem pewna, czy odmieniłam nazwisko poprawnie] za coś, co nazwałam „trupim bezdechem” czyli niezauważalnym oddechem przy odgrywaniu zwłok. Byłam naprawdę zaskoczona, że można oddychać tak niewidocznie.


     Z racji, że punkt obserwacji miałam świetny, chciałabym jeszcze pochwalić niesamowitą charakteryzację (polecam obejrzenie zdjęć promujących spektakl) oraz kostiumy. Z tego pierwszego, najbardziej podobała mi się „maska” starego Adso oraz twarz wspomnianego już Salwatora. Dla mnie bardzo liczą się szczegóły, zwłaszcza, gdy oglądam je z tak niewielkiej odległości. Niesamowite dopracowanie kostiumów w kwestii m.in. błota na szatach Wilhelma i Adso, czy piękne żywe kolory szat kardynałów (najbardziej podobała mi się zielona szata zdobiona kamieniami noszona w scenie sądu przez Antoniego Milanceja[co z tymi nazwiskami? XD] i proszę bardzo, mówcie, że sroka ze mnie wychodzi, ale gdybyście widzieli jak w tym pięknym oświetleniu te kamyczki lśniły, to wcale byście mnie tak nie oceniali).


     No dobrze, wiadro miodu i rumianku się wylało, więc teraz pora na trochę goryczy. Jeśli mam na coś narzekać, to na oprawę muzyczną, która w żaden sposób nie komponowała mi się z pięknie utkanym spektaklem. Mam wrażenie, że gdyby postawiono na „coś z epoki”, jak było to w przypadku psalmów wykorzystanych w trakcie spektaklu (bardzo mi się podobały chóralne wykonania), odebrałabym to znacznie lepiej. Drugą rzeczą, na którą częściowo można narzekać to przerwy, ale to dlatego, że poszczególnie partie spektaklu były dla mnie za krótkie. Wydawało mi się, że dopiero rozpoczęło się przedstawienie, a już opada kurtyna. Jednak nie można zapomnieć o tym, iż przerwy nie były zbyt długie, więc szybko można było powrócić do podziwiania aktorskiego kunsztu, wspaniałej gry świateł oraz kinetyczną scenografią.


     Podsumowując: polecam spektakl wszystkim, którzy taką formę lubią. Mamy podczas niego do czynienia z efektami specjalnymi, które nie każdemu mogą przypaść do gustu. Ja osobiście odebrałam występ bardzo pozytywnie, czego dowodem jest ta obszerna recenzja. Chciałabym teraz bardzo serdecznie podziękować wszystkim związanym z organizacją spektaklu, aktorom oraz reżyserowi, a także pozdrowić pana, który omal nie zamknął mnie na noc w teatrze!
Dobranoc wszystkim!
Monika Karolina x

[i jeszcze jedno zdjęcie na koniec, które znalazłam na stronie Facebook]




UWAGA: spektakl zawiera scenę erotyczną, nieodpowiednią dla młodszych widzów!


*żadne ze zdjęć nie należy do mnie!

środa, 1 listopada 2017

7 rzeczy, których nie wiecie o facetach

Cześć!
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją naprawdę dobrego, polskiego filmu, a mowa tutaj o komedii obyczajowej, której tytuł widnieje na górze. Od razu się przyznam, że oczekiwania miałam duże od samego początku, ale nie sądziłam, że film tak bardzo mi się spodoba. Skończyłam go oglądać dosłownie pięć minut temu i wciąż jestem jeszcze cała w emocjach. Film o relacjach między ludzkich, szczerości, poznawaniu samego siebie i swoich prawdziwych potrzeb czy marzeń. Zaskoczył mnie bardzo na plus i poprawił mi humor. Praktycznie czuję, jak w moim organizmie wydzielają się endorfiny! Czegoś tak dobrego się nie spodziewałam i, wybaczcie mi, ale pewnie będę się powtarzać.
   Przede wszystkim, dużą wagę zapewne ma tu świetnie wykonany casting, role obsadzone idealnie, a także wspaniała oprawa muzyczna, która podbiła moje serce. Może na pierwszy rzut oka nie wydaje się, że ten film może być ambitny i mieć morał, przekaz, ale moim zdaniem, jak najbardziej go ma!



Jestem pod wielkim wrażeniem pracy wykonanej przez panią reżyser, Kingę Lewińską - chylę czoła, biję pokłony i Wam także radzę. 😀
  Jeśli chodzi o problematykę utworu, to może napiszę to tak:
Film opowiada historię sześciu, zgoła innych i nie powiązanych ze sobą, mężczyzn, których losy zaczynają się przeplatać. Producent muzyczny, były żołnierz, pracownik w branży marketingu, gwiazdę zza wielkiej wody, która wróciła do Polski oraz pracownika sanepidu. Ludzi jakże różnych, a mimo to podobnych.
   Jak mogą połączyć się ich losy? Zobaczcie sami, bo takiego zachwytu nad polskim filmem nie przeżyłam od... od dawna. Zachłysnęłam się jego zwrotami akcji i ciągle krążącymi po głowie pomysłami, czym są tytułowe rzeczy, których nie wiemy o mężczyznach.
  No właśnie.


  7 rzeczy, których nie wiemy o facetach według Moniki Karoliny:

  1. są skryci w różnych dziedzinach/kwestiach,
  2. naprawdę potrafią szczerze kochać,
  3. zwykle dostrzegają coś dopiero, gdy to stracą,
  4. potrzebują wsparcia, choć zazwyczaj tego nie okazują,
  5. mają problem z okazywaniem uczuć,
  6. potrafią się wspierać na wzajem,
  7. WALCZĄ DO KOŃCA o wszystko, co jest ich zdaniem tego warte.
Dlaczego wyróżniłam właśnie ten ostatni punkt - sprawdźcie oglądając. [Mówiłam, że będę się powtarzać😉]. Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda Wasza lista Siedmiu rzeczy, propozycje piszcie na dole.
  W prawdzie pisałam to już wyżej, aczkolwiek chciałabym powrócić do kwestii muzyki i castingu.
Po pierwsze: świetnie zagrane - za równo pod względem aktorskim, jak i muzycznym. Bardzo podobał mi się także pomysł wciągnięcia do obsady samego Marcina Piotrowskiego, czyli Libera! To może tłumaczyć ilość muzyki jego autorstwa, ale mi to wcale nie przeszkadzało, ponieważ bardzo lubię jego utwory, co z resztą już pisałam wcześniej.
  Jestem w takich emocjach, że nie umiem teraz nawet napisać słabej recenzji, a co dopiero mówić o dobrej. Może w takiej sytuacji przejdźmy do kwestii, które zwykle poruszam na początku - danych dotyczących filmu.
 
 Data premiery: 26 lutego 2016 (Polska)

Reżyseria: Kinga Lewińska
Utwór przewodni: 7 rzeczy
Operator: Jarosław Żamojda
Autor muzyki: Sylwia Grzeszczak, Atanas Valkov

Bardzo podoba mi się także sam plakat, który zobaczyć możecie na początku.
Chyba jedyne, co mogę zarzucić tej produkcji to przewidywalność, ALE z drugiej strony było tez zaskakująco. Nie wiem, czy wszyscy są w stanie zrozumieć mój tok rozumowania, chodzi mi o to, że były fragmenty przewidywalne, ale na szczęście wiele momentów było zaskakujących.

Nie bredząc więcej, podsumujmy:
  • FABUŁA: 9/10
  • GRA AKTORSKA: 8/10
  • MUZYKA: 10/10 - zakochałam się!
  • ŚWIAT PRZEDSTAWIONY: 8/10 - były pewne niedociągnięcia, o których pewnie bym wspomniała, gdybym była w stanie myśleć w racjonalny sposób.
WERDYKT: 8,75/10


To wszystko na dzisiaj, pisanie tej recenzji zajęło mi 40 minut, ale mam nadzieję, że było warto. Jeszcze raz polecam wszystkim obejrzenie filmu, bo ja się zakochałam. Mam nadzieję, że wkrótce powrócę z nową Malinową historią, a na dzisiaj już się z Wami żegnam.
  Buziaki! xoxo
Monika Karolina

środa, 24 maja 2017

Płynące wieżowce – Tomasz Wasilewski

 Pisze tę recenzję póki pamięć świeża, nim zdąży mi z niej wszystko ulecieć. Jest to moja pierwsza recenzja filmowa, więc proszę o wyrozumiałość. Od razu mówię, że nie zamierzam bawić się w krytyka, ponieważ nim nie jestem. Nie wiem, co powinno znaleźć się na pewno w filmie, a czego nie powinno być, wyrażam jedynie swoje zdanie. A teraz do rzeczy.



Film, o którym będzie tu mowa obejrzałam prawie tydzień temu, w piątkową noc, gdy akurat męczona kaszlem nie mogłam zmrużyć oka. Postanowiłam więc znaleźć sobie rozrywkę, jaką okazało się obejrzenie polskiego filmu LGBT.

Jak zawszę zacznę od podstawowych danych.

Data premiery22 listopada 2013 (Polska)
ReżyseriaTomasz Wasilewski
ScenariuszTomasz Wasilewski
Autor muzykiBaaschLeszek Możdżer
Tomasz Wasilewski (ur. 26.09.1980 r. w Toruniu) to polski reżyser filmowy i scenarzysta, na koncie ma trzy filmy własne, a także Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz. Jego dzieła to „Zjednoczone stany miłości” (2015) oraz „W sypialni” (2012), których jeszcze nie udało mi się nadrobić, ale być może zrobię to w przyszłości. Jest także zdobywcą Nagrody Jury dla młodego talentu reżyserskiego na 38. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

„Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego, o których tutaj mowa, to niezwykle odważny, jak na polskie kino, film o miłości homoseksualnej. Czytałam na jego temat wiele złego, że postacie płytkie,  film ogółem nudny, a problem takiej miłości zwyczajnie źle pokazany. Komentarze na ten temat przepełnione były zdaniami mającymi nam pokazać, że takie związki są w naszym kraju możliwe. Nie, uważam, że nie są. A na pewno nie takie, jak ten. Nie chcę nikogo urazić, ale moim zdaniem Polska to bardzo homofoniczny kraj, który być może nie jest jeszcze gotowy na takie produkcje, historie.

Przeczytałam kilka opinii na temat filmu i zgadzam się z nimi w pewnym stopniu, ale na to, że reżyser ‘przesadził’ zgodzić się nie mogę. Polskimi ulicami chodzi cała masa ludzi, którzy nie tyle boją się, co nienawidzą ludzi „odmiennej” orientacji. Choć zapewne możemy przypuszczać, że gdyby nie jedno z zachowań Kuby, głównego bohatera, do sytuacji w scenie końcowej pewnie by nie doszło. Jednak, to tylko gdybanie.
Film, choć może nie podobać się każdemu, mi nawet przypadł do gustu, choć są wady, o których za raz.  Mimo, iż polska publiczność nie przywitała „wieżowców” z otwartymi ramionami, to zagranica bardzo go chwali, o czym świadczą nagrody nie tylko jury, ale także publiczności. Film zdobył 8 nagród i 10 nominacji, co, jakby nie było, świadczy o nim bardzo dobrze.
Ale przejdźmy do obiecanych wad. Moim zdaniem wadą może być muzyka, a raczej jej brak. Jestem przyzwyczajona do muzyki w filmach, podkład muzyczny zawsze pomaga mi się wczuć w scenariusz, przedstawioną historię i sytuację bohaterów. Tutaj tego zabrakło, co nie jest jednak całkowicie na minus, ponieważ nadaje filmowi realizmu. W prawdziwym życiu nie towarzyszy nam soundtrack. Z tego, co wiem, muzyka w filmie się znalazła, ale widocznie była zbyt wyraźna, bym mogła ją zauważyć, usłyszeć. Poza tym, mam na koncie film „Geography Club” (także porusza temat miłości homoseksualnej), w którym również nie pojawił się nadmiar muzyki, była nam jedynie skąpo udzielana. Być może to jakaś wspólna cecha? Tego nie wiem, ale przejdźmy dalej.
Kolejną wadą, którą można zauważyć to niedokończone wątki, niewyjaśnione sytuacje i niepotrzebne sceny. Moim zdaniem, sceną do usunięcia była pierwsza, która pojawiła się na ekranie. Pozwolę ją sobie nazwać „sceną toaletową”. Nie widzę potrzeby zamieszczania jej, skoro w filmie pojawia się później prawie identyczna. Zabrakło też scen czułości, za to reżyser uznał, że świetnie będzie puścić aktorów z gołymi tyłkami przed kamerę i niech sobie trochę pobiegają, bo czemu nie. Ja obejrzałam film w wieku lat siedemnastu i cieszę się, że nie dotarłam do niego wcześniej, ponieważ mogłam sobie spokojnie dojrzeć i dorosnąć bez takich obrazów w podświadomości. To główny powód, dla którego nie polecam filmu młodszym czytelnikom/widzom. Moim zdaniem, jeśli chcecie obejrzeć ten film, naprawdę nie ma się z czym śpieszyć, warto poczekać. Natomiast czułość, o której napomknęłam, a raczej jej brak doskwiera mi, ponieważ takich scen było naprawdę nie wiele. Do moich ulubionych należy chyba ta w samochodzie, na dachu. Pojawiały się sceny ukazujące czystą miłość i jej prostotę, jednak dla mnie było ich odrobinę za mało.


A jeśli już o uczuciach mowa, to pora przedstawić mój stosunek do postaci. Otóż, są role, których wolimy nie kojarzyć z aktorami i w tym wypadku są to Mateusz Banasiuk oraz Bartosz Gelner, którzy swoje role odegrali świetnie, może nawet aż za dobrze [chodzi tu o sceny opisane w poprzednim akapicie]. Choć samozwańczy „eksperci”, których teraz pełno w sieci, mogą powiedzieć, że główne role zagrane beznadziejnie, za dużo milczenia. Moim zdaniem jest to film o milczeniu, przechodzeniu obok problemów bez słowa, próbując po prostu się od nich odciąć. Ponownie przytoczę argument, że w życiu też tak jest. Czy nie milczymy sobie czasem od tak, bo wystarcza nam już sama obecność drugiej osoby lub boimy się odezwać, by nie rozniecić ognia? Przecież czasem tak właśnie jest, milczymy, a to milczenie zostało świetnie ujęte w tym filmie i za to brawa dla pana Wasilewskiego.

W filmie, oprócz Kuby (Mateusz Banasiuk) i Michała (Bartosz Gelner) poznajemy także Sylwię (w tej roli Marta Nieradkiewicz), dziewczynę Kuby, Monikę (Olga Frycz), przyjaciółkę Sylwii oraz dwie matki: Ewę (Katarzyna Herman), matkę Kuby oraz mamę Michała, Krystynę (Izabela Kuna). Są to postaci bardzo zróżnicowane, Kuba jest sportowcem, studiuje na AWFie, jest pływakiem, Michał to chłopak z „dobrego domu”, studiujący na Uniwersytecie na kierunku bliżej nieokreślonym, Sylwia po prostu jest i kocha Kubę, więc zabiera go na imprezę do Moniki, gdzie chłopcy się poznają, a Monika stara się unikać trudnych tematów i wyciągnąć przyjaciółkę z zazdrości, w której ta pierwsza tonie. Bardzo podoba mi się zestawienie matek. Z pozoru bardzo podobne, jednak w pewnych okolicznościach tak różne, że aż trudno w to uwierzyć. Krystyna kocha i wspiera swojego syna, choć ukrywa jego orientację przed ojcem chłopaka, Ewa także kocha swojego syna do tego stopnia, że nasuwa się pytanie: czy to tylko matczyna miłość, czy jednak coś więcej? W domu Kuby ojca brak i nie bardzo wiadomo gdzie jest lub co się z nim dzieje, dlaczego go nie ma, ale sądzę, że śmiało możemy założyć, iż przez ten właśnie brak Ewa daruje Kubę jakąś wyjątkową miłością, przekraczającą uczucie matki do syna.
W filmie pojawia się także ojciec Michała, Jacek (Mirosław Zbrojewicz), który żyje sobie w totalnej nieświadomości „inności” syna, a gdy się już o niej dowiaduje początkowo przemilcza sprawę. I tu ponownie odwołam się do życia, ponieważ nie będę krytykować, dopóki nie zastanowię się co ja zrobił(a)bym na jego miejscu? Moim zdaniem, milczenie jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ taka wiadomość zwala z nóg, odrywa od rzeczywistości i wywraca nasze życie do góry nogami.
Zgodnie z powyższym, uznaję, że aktorzy wykonali kawał dobrej roboty, a postacie nie są płytkie, czy sztuczne. Wręcz przeciwnie, są do bólu prawdziwe, realistyczne, ich zachowania da się wyjaśnić w logiczny sposób. W tym miejscu mogę jedynie przytoczyć trafny cytat „Panowie, kapelusze z głów!” Alberta Camusa.

Podsumowując, film z początku mnie nudził, lecz na pewno nie pozostawił mnie obojętnej. Szczególnie zakończenie mną poruszyło, co jest chyba jasne, dla kogoś, kto film obejrzał. Bardzo podobał mi się moment, w którym dochodzi do konfrontacji Sylwii z Michałem. Podobała mi się ta prawdziwość postaci, o której już wcześniej pisałam, a także to półotwarte zakończenie, do którego powoli zaczynam się przyzwyczajać w tekstach kultury. Film z pewnością polecam dorosłym i młodzieży, jednak młodszych proszę o omijanie tego tytułu przynajmniej do piętnastego roku życia, choć w porze „50 twarzy Graya” mam wrażenie, że kilka gołych tyłków i odważnych scen erotycznych nie zrobi na Was wrażenia.
Być może „Pływające wieżowce” niewiele uczą nas o relacji homoseksualnej, sytuacji osoby zmagającej się ze swoim coming-out’em, ale pokazują nam przykład dwójki zakochanych, między którymi pojawia się nagle ta trzecia osoba. W filmie jest to akurat chłopak, lecz czy sytuacja nie wyglądałaby podobnie, gdyby zastąpić geja dziewczyną? Sylwia i tak cierpiałaby widząc, że traci ukochanego, Kuba także pogubiłby się w pewnym momencie w swoich uczuciach, jak w filmie, więc jest to historia uniwersalna.
Kończąc, nie potrafię trafnie ocenić filmu, żeby wszystkim werdykt odpowiadał, więc wyrażę swoją opinię. Dla mnie film był dobry, choć, jak wspominałam, początkowo nużący. Powtórzę to: film polecam, ale zdecydowanie dla starszych widzów. Od kilku dni nie mogę przestać o nim myśleć, więc sądzę, że Tomaszowi Wasilewskiemu należą się brawa. Jestem dumna i szczęśliwa, że takie filmy powstają w Polsce.
 OCENA:
  • ·         Fabuła: 7/10
  • ·         Gra aktorska: 9/10
  • ·         Muzyka: jaka muzyka? 0/10
  • ·         Świat przedstawiony: 9/10

WERDYKT: 6,2/10



środa, 19 kwietnia 2017

Nie poddawaj się - Rainbow Rowell

Ahoj!
  Dzisiaj wracam z recenzją książki jednej z lepszych, a nawet najlepszych autorek, po jakie ostatnio sięgam. Rainbow Rowell ma czterdzieści siedem lat i dwóch synów, jako pierwsza została kobietą piszącą felietony we własnej kolumnie w gazecie "Omaha World-Herald". Na polskim rynku pojawiło się pięć książek spod jej pióra, opowiadanie w zbiorze "Podaruj mi miłość" oraz krótka historia "Bratnie dusze". Osobiście posiadam trzy jej książki: "Eleonora i Park" [bardzo kocham i polecam], "Fangirl" [ to moje życie, tylko jestem w liceum i nie mam chłopaka, a moja siostra jest pięć lat starsza] oraz "Nie poddawaj się" [zakochałam się po uszy, 'szipuję' pary homoseksualne - tak wyszło].
  "Carry On", bo tak brzmi oryginalny tytuł, opowiada historię Simona Snowa, spadkobiercy Maga, ucznia szkoły magii w Watfodr, jego przyjaciółki Penelope, dziewczyny Agathy oraz współlokatora Basiltona. Panicz Pitch (Baz) nie zjawia się w szkole z początkiem roku - ich ostatniego roku w murach Watford - co bardzo niepokoi Simona, gdyż wie, jaki nacisk jego matka kładła na wykształcenie, sama nawet była dyrektorem, lecz zginęła w tzw. tragedii watfordzkiej, wokół której kręci się akcja książki.
  Simon i Baz nigdy się nie dogadywali, a nie pozabijali się tylko ze względu na Klątwę Współlokatora - gdyby jeden próbował zranić drugiego klątwa zadziałałaby natychmiastowo. Chłopcy mogliby nawet zostać wyrzuceni ze szkoły. Ale tego możecie dowiedzieć się z książki, więc nie będę rozpisywać się na takie tematy. Nie chcę także zbyt spoilerować, więc ominę następne opisy, bo słowa same wysypią się mi z rękawa.
  Co do wyobrażenia głównych bohaterów, miałam mały problem z włosami Simona. Z początku nie rozumiałam o jaką fryzurę chodzi Rainbow, ale później zastanowiłam się nad tym i znalazłam idealnego Simona Snowa. No prawie idealnego. Ważne, że ma niebieskie oczy i loczki na czubku głowy, a po bokach i z tyłu nie. Na prawdę, nie mogłam zrozumieć tych słów... Z wyobrażeniem sobie Baza miałam dwie opcje, więc wybrałam tę, która była bardziej... atrakcyjna. Nos Basiltona, owszem, był zgarbiony, ale nie mogłam wybrać Adama Drivera. Jeszcze by mnie opętała jego Ciemna Moc [ tak, tak, Adam Driver to Kylo Ren].
  Moja wyobraźnia zdecydowała się na takich bohaterów:

Simon


Baz


  Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Może Troye Sivan nie do końca pokrywa się z wyobrażeniem Simona, ale jego loczki to TE loczki! Poza tym, pasują mi do siebie... Jako Baz i Simon, oczywiście! Tylko i wyłącznie.
  Zaczynam pleść głupoty... Może lepiej przejdźmy do recenzji.




  Historia bardzo mi się podobała - po prostu. Jest to moja pierwsza książka, w której spotkałam się z relacją homoseksualną w roli głównej, ale jest doprawdy świetnie. Poza tym, świat magii, w który Rainbow zabrnęła po raz pierwszy, jest stworzony pięknie i cudownie. Owszem, są tu pewne braki, ale na prawdę - w każdej książce się takie znajdą, nawet Harry Potter ma błędy!
  Nieważne. Chodzi mi po prostu o to, że autorka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Stworzyła naprawdę bardzo głębokie i złożone postaci, zawiłą fabułę i oczywiście piękny wątek miłosny, przez który moje serce trzepotało jak szalone. Tak, kocham takie pary, jak ta. Może oni nie są idealną parą, w sumie przez większość książki nie są nawet parą, ale na prawdę bardzo mi się podobało. Wszystkie małe rzeczy, szczególiki, które zauważyła/stworzyła pani Rowell były tak prawdziwe i wiarygodne w takiej relacji, że nie dało się w nich nie zakochać. Mówię to z ręką na sercu, ponieważ moja koleżanka także czytała tę książkę i była równie zadowolona, co ja.
  Nie umiem zbyt dużo tu napisać, ponieważ książkę przeczytałam przed Bożym Narodzeniem, a potem pożyczyłam koleżance, więc czekałam, aż ją odzyskam [nadal nie wróciła, swoją drogą]. Napiszę jeszcze, że bardzo podobał mi się sposób, w jaki płynnie zmieniała się narracja i osoby ją prowadzące. Książka była piekielnie dobra, zawiła i przeczytałam ją na jednym wdechu w pewien poniedziałek, nie zapamiętując NIC z żadnej z lekcji.
  Może po prostu dodam tu kilka cytatów i omówię je odrobinę, a później wystawię ocenę.

Dzielenie pokoju z człowiekiem, którego się pragnie, jest jak dzielenie pokoju z szalejącym ogniem. Nieustannie cię przyciąga i nieustannie podchodzisz za blisko. Wiadomo, że nic dobrego z tego nie wyniknie, ale i tak to robisz. A potem...
Potem musisz się oparzyć.

Ten cytat idealnie opisuje Simona Snowa, który dosłownie jest płomieniem, szalejącym ogniem. Zrozumiecie, gdy przeczytacie, napomknę jedynie, że jest to związane z jego mocą, darem.

O ironio, pochodzę z długiej linii czarodziejów ognia – dwóch długich linii, Grimmów i Pitchów. Doskonale sobie z nim radzę, o ile nie podejdę zbyt blisko.
O okrutna ironio, Simon Snow pachnie dymem.
Po prostu tak. Mam nadzieję, że teraz rozumiecie, czym tak bardzo ujęła mnie ta historia.

Więcej nie dam, bo zrobię spoiler, więc chyba po prostu się zamknę.

PODSUMOWUJĄC:
FABUŁA: 10/10
ŚWIAT PRZEDSTAWIONY: 10/10
STYL PISANIA: 9/10

REZULTAT: 9,7/10

Książkę polecam każdemu bez wyjątku i życzę miłej lektury :)
Do następnego, teraz będę się starać o systematyczność!
Monika Karolina xxx

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Bad boy & volleyball - Wattpad

Hej wszystkim!
Dziś wracam z czymś innym, bo nie jest to recenzja książki, a opowiadania, które dane mi było przeczytać na Wattpad'zie.

Historia, o której mowa to Bad boy & valleyball, autorstwa użytkowniczki, kryjącej się pod nickiem Anika0798. Opowiadanie doczekało się 28 rozdziałów, 365 tysięcy odsłon i ponad 22 tysięcy oddanych głosów.

Do przeczytania nakłonił mnie fakt, że nie miałam aktualnie żadnej książki do czytania, a czułam 'książkowego głoda'. Po zerknięciu w opis uznałam, że to będzie lekko historia, którą przeczytam raz-dwa i... rzeczywiście tak było. 

W krótkim opisie możemy przeczytać:
Nastoletnia dziewczyna która nie potrafi poradzić sobie z przeszłością. 
On typowy podrywacz.
Jak połączą się ich losy? 
Jakie relacje będą między nimi? Miłość a może nienawiść?
Brzmi zachęcająco? Może nie dla wszystkich. Ja jednak postanowiłam sprawdzić, co kryje się w środku i absolutnie nie żałuję! 
Wszystko zaczyna się przeprowadzką. Głowna bohaterka, wraz z mamą, po śmierci swego ojca przeprowadza się do Portland, gdzie mieszka jej babcia. Póki trwają wakacje, dziewczyna zapisuje się do nowej szkoły, gdzie będzie uczęszczać od nowego roku szkolnego. Pewnego dnia, jakiś chłopak praktycznie potrąca ją, gdy nieostrożnie pędzi chodnikiem. Dziewczyna jest oburzona, ale jej gniew dość szybko mija, póki nie okazuje się, że owy chłopak jest w jej wieku i uczęszcza do tej samej szkoły co ona. I tutaj zaczyna się cała historia.
Nie jest to może historia wybitna, ale mi przypadła do gustu. W prawdzie czytałam ją dość dawno temu, ale nie zmieniłam o niej zdania, choć w treści znajdują się literówki i różne błędy. Osobiście, bardzo jestem szczęśliwa z tego, że autorka nie wpycha ich na siłę do łózka, co jest dość częstym zjawiskiem w twórczości aŁtorek z 'Łatpada'. Nie chcę tu nikogo urazić, mówię tylko, jak jest. 
Podsumowując, polecam Bad boy & volleyball, ponieważ macie okazję zagłębić się w lekką historię z odpowiednią dawką humoru i wyczucia.
WERDYKT:
Fabuła: 6/10
Świat przedstawiony: 7/10
Styl pisania: 6/10
OGÓLNA OPINIA: 6,4/10
I to już wszystko na dzisiaj. Obiecuję, że pojawię się wkrótce, a nie jak ostatnio ;)
Pozdrawiam,
Monika Karolina xxx

sobota, 3 września 2016

Podsumowanie wakacji 2016

Witajcie!
Dzisiaj mam dla Was podsumowanie wakacji bieżącego roku. Nie jest to w prawdzie recenzja, jakiej byście chcieli, bo powiem tylko ogólnikowo na temat każdej z książek, jakie przeczytałam. Jak wiecie, miałam w planach przeczytać dwadzieścia jeden książek, ale cóż, nie wyszło. Moje opóźnienie wiąże się z tym, że pisałam rozdziały do mojego opowiadania „Nigdy Nie Odpuszczaj”, a to jest ważne, bo nie mogę zawodzić czytelników.
Ale wracając… Pierwszym, o czym chcę napomknąć są książki autorstwa Johna Greena, ale nie będę się o nich zbyt rozpisywać, za to odsyłam do posta, który pojawi się już wkrótce i będzie poświęcony tylko i wyłącznie jego twórczości. Książki Johna Greena, które przeczytałam w te wakacje noszą następujące tytuły:
·        Szukając Alaski;
·        19 razy Katherine;
·        Papierowe miasta.
Przyznam szczerze, że czytając Paper Town miałam ciągłe wrażenie, że ta powieść jest niezwykle podobna do Looking for Alaska. Mamy chłopaka (Quentin/Miles), który jest niezwykle zachwycony swoją koleżanką (Margo/Alaska) i święcie przekonany, że po jej zniknięciu, to właśnie on powinien jej szukać. W jednym z przypadków jest wręcz niemożliwe, by odnaleźć, zaś w drugim ona nawet nie chce być odnaleziona, a tylko postępuje według wcześniejszych schematów, czyli zostawia ślady. Z tym, że nikt jej po tych śladach nawet nie szukał, aż w końcu zrobił to on.
Następną pozycją jest cykl Girl Online, którego kontynuacji możemy spodziewać się w okolicach listopada, jeśli tłumaczenie pójdzie sprawnie. Ja mam za sobą lekturę obydwu części, czyli:
·        Girl Onile;
·        Girl Online: On Tour.
Przyznam szczerze, że książki podobały mi się, choć z opisu można się było spodziewać czegoś bardziej… schematycznego i oklepanego. Zoe Sugg, autorka powieści, przedstawia nam Penny – zwykłą, brytyjską dziewczynę, która (jak ja) potrafi się potknąć o własne nogi i zaświecić przed całą szkołą swoimi różowymi majtkami w jednorożce (ja tak na szczęście nigdy nie miałam). Panna Porter ma przyjaciela oraz zwaśnioną koleżankę, która, jak się okazuje, wszystkiego jej zazdrości przez co jest wredna i uszczypliwa względem rudej Penny. Przyznam, że odnalazłam w niej siebie i bardzo łatwo się z nią związałam. Główna bohaterka jest taka, jak my wszystkie, tak naprawdę. Nie jest najpiękniejsza, ma swoje nastoletnie problemy i… tak jak ja w tamtych czasach – prowadzi bloga w formie pamiętnika! Co więcej, lektura jest łatwa, miła i przyjemna ze względu na łatwy i lekki język, którm posługuje się autorka książek. Jestem przekonana, że w tej książce i głównej bohaterce, każdy znajdzie cząstkę siebie. Gorąco polecam!
Następną książką jest Fangirl spod pióra Rainbow Rowell. Nie umiem jej nawet ocenić, bo była cudowna! Rainbow ma w sobie coś takiego, że jej książki krzyczą „Czytaj mnie”, gdy się na nie patrzy, a co dopiero, gdy się je czyta. Prawda jest taka, że nie potrafiłam się oderwać. Czytałam i czytałam, a gdy przeszłam już połowę zwyczajnie nie potrafiłam się oderwać. Nie wiem czym jest spowodowane moje zachowanie, chyba tym, że pani Rowell dała mi MOJĄ bliźniaczkę i rzeczywiście poczułam się z nią bardzo z żyta. Rozumiałam każde jej zachowanie: wściekłość na matkę, która je zostawiła, emocjonowanie się powieściami oraz pisanie fanficów. Cath stała się moją przyjaciółką, po prostu – a gdy czytałam fragmenty jej ff miałam ochotę ją wyściskać, jakby była po prostu osobą po drugiej stronie monitor (ach, te idiomy). Książkę polecam bardzo gorąco, gdyż jest warta przeczytania, porusza ważne tematy i mówi o odrzuceniu i zerwanych więziach, a także nowych przyjaźniach i uczuciach.
Kolejna pozycja na mojej liście przeczytanych, to Saga Ognia i Wody. Miejscami w prawdzie nie do końca przemyślany świat, ale historia dobra, nawet gdyby działa się na lądzie. Na razie wyszły trzy części Sagi, czyli:
·        Wielki błękit;
·        Gniewna fala;
·        Mroczny przypływ.
Może zacznę od części wizualnej. Sposób wydania książek jest fantastyczny, przy każdym nowym rozdziale czeka nas fala wędrująca po górnej części kartki, a okładki są tak piękne, że jest się w stanie uwierzyć, że te syreny naprawdę gdzieś istnieją i mieszkają, może niedaleko nas. Przyznaję, że w pierwszej części nie polubiłam Serafiny, a przez pierwsze dziesięć rozdziałów umierałam z nudów, ale w końcu zaczęło się coś dziać i Sera zdobyła moją sympatię. Początkowo też znielubiłam Mahdiego, ale jak się później okazało – to wszystko było specjalnie. Osobiście, bardzo im kibicowała, a także kibicuję cały czas dwom nowym parom, które pojawiły się w trzeciej części, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele, więc nic nie powiem. Dodam tylko, że mimo niewielkich błędów, których nie przemyślała autorka książek, całą serię czyta się miło i szybko.
Kolejną książką jest powieść Z innej bajki, którą już recenzowałam, więc nie będę się dalej rozpisywać, a tylko odsyłam do tamtej recenzji.
Następny akapit chcę poświęcić serii Summoner czyli Zaklinacz. Taran Matharu, jak na razie wydał tylko dwie części, ale wiemy o przygotowaniach do następnej. Osobiście nie mogę się doczekać następnej części, gdyż obie powieści są wspaniałe, a mowa tutaj o:
·        Summoner. Początek;
·        Summoner. Wyprawa.
Fletcher’a polubiłam od pierwszych stron, a Ignatius, który pojawił się niewiele później został demonem mojego serca. Jest przeuroczy, jak szczeniaczek, a to, że śpi opleciony wokół szyi głównego bohatera czyni go jeszcze bardziej uroczym. Jest taki do kochania. Co do postaci, to mam pewien problem, gdyż za każdym razem, gdy jest wzmianka o Arcturusie, mam przed oczami Manu Bett’a i nie mogę tego zmienić. Istnieje także dość zabawna anegdotka na temat jego imienia, bo gdy przeczytała je po raz pierwszy z moich ust wypłynęło imię „Arctos”, a nie „Arcturus”, ale to było tylko takie zabawne wplątanie bałwana z Tabalugi do całej tej magicznej historii i już nigdy więcej nie popełniłam takiego błędu. Jeśli jednak chodzi o treść pierwszej i drugiej części, to natknęłam się na dezorientującą zmianę. Cała pierwsza część toczyła się dość szybko i przeczytałam ją w ciągu jednego dnia, ale z drugą już nie było tak łatwo. Między zakończeniem Początku, a początkiem Wyprawy mijają dwa lata, więc trochę się na świecie pozmieniało, a nasz Fletcher o niczym nie miał pojęcia lecz wkrótce musi zmierzyć się z okrutną prawdą. Mimo wszystko polecam, a ja czekam na trzecią część przygód Zaklinacza, bo skończyło się tak, że miałam ochotę autorowi głowę urwać…
Na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że podoba Wam się takie podsumowanie wakacji. Ja osobiście jestem z siebie niezadowolona, bo miałam w planach znacznie więcej lektur, a takim sposobem musze nadrabiać już w roku szkolnym. Mam nadzieję, że wyrobię się przed następnymi wakacjami, ale nie wiem jak to będzie, bo w klasie humanistycznej będę mieć za pewne więcej lektur niż wcześniej. Tymczasem, lecę czytać następną książkę, czyli Po drugiej stronie kartki. Jestem bardzo ciekawa dalszych losów Olivera i Delilah.

Paa!